Ze stałych rubryk
 
drukuj

Masz pomysł To do dzieła

Nie licz, że wzbogacisz się w zawrotnym tempie, ale wytrwałość może się opłacić
Katarzyna Łopaciuk

Psie kąpiele

Anna Glinka nigdy nie myślała, że może być wynalazcą, ale kiedy w 2004 roku sąsiad powiedział jej o konkursie „Wynalazek to nic trudnego”, usiadła wieczorem nad kartką papieru. Konkurs dla dzieci i młodzieży w wieku 6-19 lat zorganizowało Stowarzyszenie Polskich Wynalazców i Racjonalizatorów oraz Radio Bis. Zwycięzca wygrywał wyjazd do Japonii.
- Nagroda bardzo mnie kusiła - opowiada Ania Glinka, uczennica III klasy Liceum im. Traugutta w Warszawie. Pomysł wanny do kąpania psów przyszedł jej do głowy w chwili, gdy podbiegł do niej jej seter irlandzki.
- Kąpiel psa to męka dla człowieka i stres dla zwierzaka, a przecież czasem trzeba to robić - mówi Ania.
Zaprojektowana przez licealistkę wanna jest nadmuchiwana, po bokach ma otwory na ręce właściciela. Z góry zamykana jest pokrywą, tak by wystawała tylko głowa zwierzaka.
W rozrysowaniu projektu i przygotowaniu prototypu Ani pomagali rodzice i przyjaciele. Wanna spodobała się jurorom i w lipcu 2004 roku pokazano ją na wystawie w Japonii podczas obchodów 100-lecia Japońskiego Instytutu Wynalazczości i Innowacyjności.
- Już wiele osób mówiło, że bardzo przydałaby im się taka wanna - dodaje Ania. - Może więc znajdzie się jakiś chętny producent?
Jak wskazuje doświadczenie wielu wynalazców, Anna Glinka nie powinna liczyć na to, że producent psiej wanny po prostu sam zgłosi się do niej. W świecie wynalazków chodzi bowiem o to, by przebić się od pomysłu do przemysłu. Wspaniałych idei jest pod dostatkiem. Trudniej jednak o ludzi, którzy mają energię, by wprowadzić swoje pomysły w życie.
Oto historie kilku polskich wynalazców, którzy nie poprzestali na pomyśle.

Fortuna w foliowym worku.

To, że śmieci mogą być spożytkowane nie jest żadną tajemnicą, ale dotychczas konstruowane na świecie maszyny topiły odpady tylko pod bardzo wysokim ciśnieniem i groziły eksplozją. Zbigniew Tokarz, 52-letni pabianiczanin, absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Łódzkiej, który 15 lat kierował oddziałem energomaszynowym kopalni w Łęczycy, uparł się znaleźć lepszy sposób przetwarzania odpadów.
- Poważnie zacząłem o tym myśleć w 1999 roku, kiedy byłem starostą w Bełchatowie - mówi Zbigniew Tokarz.
Zaczęło się jednak od porażki. Skonstruowany w 1999 roku prototyp - urządzenie wielkości dużego garnka - nie działał. Ale pan Zbigniew nie przestał pracować nad kolejnymi projektami. Zadłużył się, miesiącami próbował przekonać do pomysłu urzędników zajmujących się ochroną środowiska.
- Bez skutku - wspomina. - Nie dostałem od państwa ani grosza.
Był jednak uparty i skonstruował niezwykłą maszynę - pożeracz śmieci przerabiający odpady na benzynę i olej napędowy. Wkłada się do niej sprasowane odpady: worki foliowe, fragmenty tapicerki aut, zderzaki, plastikowe butelki, kubki i tym podobne śmieci.
- W środku jest 400C, ale temperatura wzrasta stopniowo, co było najtrudniej zaprojektować. Tworzywa muszą się stopić, a nie zwęglić - tłumaczy Zbigniew Tokarz.
- Potem pod wpływem katalizatora powstają opary związków węglowodorów. Po schłodzeniu stają się płynnym paliwem. Zainstalowanie pierwszej linii produkcyjnej w Woli Krzysztopolskiej pod Piotrkowem Trybunalskim było możliwe dopiero, gdy wraz z pięcioma osobami wynalazca założył firmę Speranda i Ekosystem. Wdrożenie technologii trwało rok i kosztowało około miliona złotych. - Nie byłem zadowolony z wydajności, 60 litrów na godzinę to znacznie mniej niż się spodziewałem - mówi Zbigniew Tokarz. - Przestałem się też dogadywać ze wspólnikami. Dziś już nie mam z nimi nic wspólnego.
Po kilku miesiącach doświadczeń i nerwów we wrześniu 2004 roku opatentował ulepszone rozwiązanie. Jego firma Technologie Ekologiczne zbudowała w Niewiadowie pierwsze 4 nowoczesne maszyny, które dziś przetwarzają 500 ton odpadów miesięcznie, a wydajność każdej z nich to 250 litrów na godzinę.
W planach ma uruchomienie kolejnych linii technologicznych w sześciu miejscach w Polsce. Udało mu się też zainteresować wynalazkiem świat.
- Czeka mnie wciąż dużo pracy - mówi Tokarz. - Jeszcze nie stać mnie na laboratorium z prawdziwego zdarzenia.
Czy wieloletni wysiłek, nakłady finansowe i nerwy się opłaciły?
- To była ciernista droga, ale nie żałuję - twierdzi. - Robię swoje i nie tracę nadziei, że jak Ochocki doczekam się kiedyś swojego Wokulskiego.

Zdrowie na głowie

Od początku lat 90. profesor Jerzy Gębicki z Instytutu Techniki Radiacyjnej Politechniki Łódzkiej i jego zespół prowadzili badania nad zastosowaniem medycznym różnych związków. 11 września 2003 roku podczas Kongresu Technologii Chemicznej w Łodzi przedstawili odkryte przez siebie właściwości przeciwzapalne chlorku 1-metylonikotynamidu.
- Preparat witaminowy, który powstaje na jego bazie, ma siłę sterydu i jest ratunkiem dla łysiejących osób - wyjaśnia profesor Gębicki. Dzięki odkryciu w 2003 roku na rynku pojawił się szampon zapobiegający wypadaniu włosów, żel przeciwtrądzikowy i żel na oparzenia.
- Ale nim do tego doszło, kilka lat zmagaliśmy się z różnymi kłopotami - mówi profesor Gębicki. - Nie tak prosto zdobyć w Polsce pieniądze na skomercjalizowanie pomysłu. Banki nie są zainteresowane udzielaniem kredytów w zamian za cesję praw do patentu, a znalezienie inwestora jest niezwykle trudne.
Próby nawiązania współpracy z polskimi firmami farmaceutycznymi przez kilka lat nie dawały efektu.
- Wszystkie były bardzo zainteresowane, ale żadna nie zdecydowała się podjąć ryzyka i zainwestować we wdrożenie pomysłu - wspomina profesor.
Wreszcie wraz z współtwórcami postanowił założyć firmę. Zarejestrowana w 2002 roku Pharmena, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, ma siedzibę w Łodzi, a pracuje w niej tylko kilka osób. Produkcję, dystrybucję i reklamę wynalazcy zdecydowali się zlecić firmom zewnętrznym.
Najważniejsze było zadbanie o ochronę patentową produktów.
- Zrobiliśmy to oczywiście przed opublikowaniem wyników badań - mówi Gębicki. - Teraz mamy taką ochronę w 15 krajach, a opłaty patentowe pochłaniają rocznie około 200 tysięcy złotych. Kolejnym sprawdzianem wytrwałości i stopnia determinacji wynalazców był proces rejestracji preparatów. Sami musieli dopilnować koniecznych testów i oczywiście znów wyłożyć na nie pieniądze: około 5 tysięcy złotych na każdy preparat.
- Dopiero na pewnym etapie, gdy produkt właściwie był już w ręku, znaleźliśmy inwestora - opowiada Gębicki. Obroty firmy Pharmena w pierwszym roku wejścia preparatów do aptek wyniosły 2 miliony złotych. Teraz jest już 6 produktów i obroty rosną.
- Mam ogromną satysfakcję, że rezultaty mojej pracy naukowej nie trafiają na półkę z publikacjami, a wprost na rynek, gdzie służą z pożytkiem innym - cieszy się profesor Gębicki.

Wirując w tańcu

Zajęcia z tańca na obozach dla niewidomych? W latach 60. prowadził je Wacław Wróblewski, asystent w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w Poznaniu.
- Zrozumiałem wtedy, ile naprawdę taniec znaczy dla niewidomych i jak jest im trudno się go nauczyć - wspomina 81-letni dziś Wróblewski. - Szarpanie za nogawkę nie na wiele się zdawało. Wpadłem na pomysł „kartoników”.
W tekturowych opakowaniach po makaronie choreograf wyciął 6 otworów odpowiadających sześciopunktowi w systemie Braille’a. Wodząc po nich opuszkami palców, niewidomi poznawali kroki walca, fokstrota, tanga. Następnie siedząc, odtwarzali ruchy stóp w rytmie wyklaskiwanym przez Wróblewskiego. Dopiero kiedy i ten etap mieli za sobą, stawali na parkiecie.
Nauka tańca metodą Braille’a wykorzystująca tablice okazała się bardzo skuteczna. Wynalazca postanowił więc w 1963 roku opatentować pomysł i coś z nim dalej zrobić.
Udało mu się zainteresować tą metodą Polski Związek Niewidomych, który chciał organizować szkolenia dla instruktorów, a potem kursy tańca i obozy dla niewidomych. PZN zamówił też wyprodukowanie 600 plastikowych prostokątnych tablic, które zamiast otworów miały sześć symetrycznie rozmieszczonych półkolistych wybrzuszeń wielkości orzecha włoskiego.
Przez 11 lat Wacław Wróblewski uczył tańca niewidomych, wykorzystując swój wynalazek. Niestety, w 1971 roku PZN z powodów finansowych przestał dotować kursy i obozy. O tablicach i metodzie Wróblewskiego zapomniano na kilka dziesięcioleci.
- W końcu zabrakło mi zapału, żeby pokonywać kolejne przeszkody, - przyznaje choreograf, który poświęcił się wtedy pracy z zespołem „Cepelia”. - Ale nie zapomniałem zupełnie o moich tablicach.
6 lat temu znów podjął próbę znalezienia osób i instytucji, które zainteresowałyby się jego metodą nauki tańca dla niewidomych i produkcją tablic.
- Dzwoniłem wszędzie, rozsyłałem listy po Polsce i po świecie. W okręgach PZN często dziwiono się „po co niewidomym taniec?”. Tłumaczono, że brakuje pieniędzy na białe laski, więc co mówić o kursach tańca czy jakichś tablicach.
- To było raczej zniechęcające, ale tym razem nie chciałem się poddawać. Szczęśliwym trafem w tym samym czasie o tablicach przypomniała sobie Ewa Dziedzic-Szeszuła, choreoterapeutka i rehabilitantka niewidomych. Była małą dziewczynką, kiedy na obozach organizowanych przez jej ojca pan Wacław stosował swoją metodę.
W 1999 roku postanowiła odnaleźć twórcę pomysłowych tablic. - Kiedy przyszła do mnie z propozycją odnowienia zajęć, zszedłem do piwnicy - opowiada Wacław Wróblewski. Leżało tam kilkadziesiąt nieco już podniszczonych plastikowych tablic owiniętych w gazety.
Dyrektor Polskiego Teatru Tańca Ewa Wycichowska zawsze powtarzała, że taniec to sztuka dla wszystkich. Kiedy pani Ewa i pan Wacław zgłosili się do niej, przyklasnęła ich pomysłowi warsztatów dla niewidomych. Znów przez rok szukali producenta tablic. Od niektórych słyszeli, że uruchomienie linii produkcyjnej to koszt równy cenie dużego mieszkania. W końcu zaprzyjaźniony artysta plastyk Wojciech Hora zrobił matrycę tablicy.
Od 2000 roku zajęcia z terapii tańcem są w programie Warsztatów Tańca Współczesnego organizowanych przez Polski Teatr Tańca.
- Wierzę, że tym razem mój pomysł przetrwa - mówi Wacław Wróblewski. - Bo to bardzo radosny widok, kiedy kolejne niewidome osoby zaczynają w końcu wirować w tańcu.

Lodowate napoje

Przed rokiem, pewnego wrześniowego dnia, dwaj studenci wrócili na stancję ze sklepu i rozpakowali zakupy. Napoje jak zwykle włożyli do zamrażalnika. Czekając aż się schłodzą, Janusz Kunkowski i Gracjan Wilczewski pół żartem, pół serio rozważali, jak przyspieszyć proces chłodzenia - i tak wymyślili kieliszki z lodu.
- Świetnie się bawiliśmy, eksperymentując z zamrażaniem wody w pojemnikach po kliszy fotograficznej - wspomina 24-letni Janusz Kunkowski studiujący w Toruniu informatykę i ekonomię. - Nic z tego nie wychodziło, bo kieliszki szybko się topiły. Kiedy opowiadali o swoim pomyśle kolegom, wszyscy zachęcali ich, żeby coś takiego zaczęli produkować.
- Tylko nikt nie mówił, jak się do tego zabrać - opowiada 23-letni Gracjan Wilczewski, też student informatyki. Ale szybko wzięli się do dzieła z mocnym przekonaniem, że na czymś tak oryginalnym uda się nieźle zarobić. Wykorzystując wiedzę z fizyki i matematyki, wyliczyli odpowiednią grubość ścianek lodowych kieliszków, wymyślili poręczny kształt i zaprojektowali foremki do ich wytwarzania.
- I wtedy zaczęły się prawdziwe wyzwania, weszliśmy w całkowicie nieznany dla nas świat produkcji, biurokracji i handlu - mówi Kunkowski. W Internecie wyszukiwali informacje na temat materiałów i sposobów wytwarzania formy-matki do produkcji foremek oraz osób, które mogłyby ją wykonać. Wydali około 25 tysięcy złotych na matrycę, wykrojniki i próby, które trwały prawie pięć miesięcy.
- Potem trzeba było zatroszczyć się o wygląd naszego produktu i marketing, zaprojektować kartony do pakowania foremek, zrobić nadruki z logo i kod kreskowy na opakowaniu, przygotować stronę internetową - wyjaśnia Gracjan Wilczewski. - Wkładaliśmy w to mnóstwo energii bez gwarancji powodzenia.
W kwietniu 2005 roku powstała firma Froster, którą kierują Wilczewski i Kunkowski, i zaczęła się internetowa sprzedaż foremek. Można do nich wlać wodę, sok, colę albo mleko. Potem zamyka się ją szczelnie przykrywką i na 5 godzin wkłada do zamrażalnika. Kieliszek lodowy napełniony wódką topi się po 5 minutach, a po 9, jeśli nalejemy wina. Foremkę można używać wielokrotnie. Wynalazcy sprzedali już około tysiąca foremek, głównie przez Internet. - Nieraz zastanawialiśmy się, czy nie tracimy tylko czasu i pieniędzy. Nie mieliśmy pojęcia o tysiącach problemów, które musieliśmy rozwiązywać - mówi Janusz Kunkowski, a Gracjan Wilczewski dodaje: - Dziś naprawdę cieszymy się z tego, co osiągnęliśmy.

Masz genialny pomysł? Teraz wiesz, że to tylko początek drogi do sukcesu. - Żeby zobaczyć, jak z projektu rodzi się realny produkt, trzeba samemu zabrać się do roboty i nie ustawać mimo licznych przeszkód - radzi wszystkim Zbigniew Tokarz. - Warto, bo satysfakcja jest ogromna.

 
 
Engine by flashlook.com